Kiwi Messi

Marco-Rojas_2889544Australijczycy to bardzo dowcipni ludzie. Przynajmniej w kwestii nadawania przydomków. Na ten przykład, pewnego niedzielnego popołudnia w ligowym meczu stanęły naprzeciwko siebie drużyny Western Sydney Wanderers i Central Coast Mariners. Po jednej stronie barykady znalazł się „Popa Guardiola” (Tony Popović, trener The Wanderers), po drugiej z kolei ZlatDan McBreenovic (Daniel McBreen, najlepszy strzelec Central Coast i całej A-League). Bohaterem tego tekstu będzie z kolei „Kiwi Messi”. W większości przypadków nadawanie przydomków brzmiących podobnie do gwiazd europejskiego futbolu jest zdecydowanym nadużyciem. Nie dotyczy to jednak Marco Rojasa, który umiejętnościami Messiemu ciągle co prawda nie dorównuje, ale jest na najlepszej drodze do stania się wielką piłkarską gwiazdą.

Co ciekawego wiemy na temat Rojasa? Ano to, że urodził się 5 listopada 1991 roku w Hamilton w Nowej Zelandii i jest pochodzenia chilijskiego. Jest pomocnikiem, a konkretniej skrzydłowym – piekielnie skutecznym skrzydłowym. Za piłką uganiał się od najmłodszych lat. Już w wieku czterech lat miał okazję trenować pod wodzą prawdziwego trenera. Po raz pierwszy swoje dziecięce umiejętności pokazywał w drużynach Ngaruawahia United i Hamilton Wanderers. Wyżej wymienione porównanie do Messiego nie jest przypadkowe. Tak, jak w przypadku Argentyńczyka, tak i Rojas wykazywał w sobie coś na wzór iskry bożej. Spowodowała ona, że Marco mógł sprawdzić się na testach w takich drużynach, jak: Werder Brema, Hannover, Borussia Monchengladbach, Colo Colo i Universidad de Chile. Tak czy siak, pozostał w Nowej Zelandii, aby trafić w końcu do jednej z najlepszych nowozelandzkich drużyn, Waikato FC. W pierwszym zespole zadebiutował mając 16 lat. Niedługo później po nastolatka zgłosił się australijski Wellington Phoenix. Rojas został jedynie wypożyczony, jednak bardzo szybko włodarze klubu – oczarowani jego występami w pierwszych meczach – zdecydowali się go wykupić. Tam również jednak nie zabawił zbyt długo. Po osiemnastu miesiącach czekała go kolejna przeprowadzka. Tym razem do Melbourne Victory, które wygrało walkę z kilkoma innymi klubami o świetnie rokującego skrzydłowego. Miało to miejsce w końcówce 2011 roku. Wtedy również po piłkarza zgłosiła się nowozelandzka reprezentacja, pomimo tego, że wcześniej zainteresowanie powołaniem do kadry wykazywali także Chilijczycy.

Pierwszy sezon w Melbourne nie był dla Rojasa szczególnie udany, choć nie była to tylko i wyłącznie jego wina. W klubie dochodziło do wielu zmian, w tym roszad na pozycji trenera. Sytuacja zmieniała się, jak w kalejdoskopie. Utalentowany młodzian nie był w stanie w pełni rozwinąć swoich skrzydeł. Dopiero od początku sezonu 2012/2013 Rojas zaczął prezentować pełen wachlarz swoich niesamowitych umiejętności. Na ławce trenerskiej Melbourne Victory zasiadł Ange Postecoglou. Postecoglou jest w Australii traktowany niemal jak Bóg. Nic dziwnego, wszak w ciągu dwóch lat na ławce trenerskiej Brisbane Roar Australijczyk zgarnął dwa tytuły mistrzowskie. Jego drużyna zanotowała ponadto serię 36. meczów bez porażki. Nic więc dziwnego, że Brisbane Roar zaczęto nazywać… Roarceloną. Przybycie Postecoglou niebywale pomogło samemu Rojasowi, który zaczął rozwijać się w zastraszającym tempie. Talent młodziana musiał zostać nagrodzony. Marco otrzymał nagrodę dla najlepszego młodego piłkarza w lidze, a także zdobył niezwykle prestiżową w Australii nagrodę Johnny’ego Warrena, zdobywając 908 głosów – ponad dwukrotnie więcej, niż drugi w zestawieniu… Alessandro Del Piero.

Rojas jest typowym skrzydłowym, który perfekcyjnie pasuje do stylu gry Melbourne Victory opartego na kontratakach. Najczęściej występuje po prawej stronie boiska, ale nierzadko zdarza mu się zmieniać pozycję. Największym atutem Rojasa, oprócz tego, że – jak przystało na skrzydłowego – potrafi „odlecieć” na kilku metrach, jest siła. A raczej nieustępliwość. Przy 168 centymetrach wzrostu nie można bowiem mówić o nadnaturalnej sile. Dzięki sprytowi i olbrzymiemu serduchu Rojas nie ma jednak problemów z penetrowaniem linii defensywnych rywali. Ange Postecoglou niejako ustawił drużynę pod 21-letniego piłkarza, który praktycznie nie ma zadań defensywnych. Czasem ten fakt działa na niekorzyść Rojasa. Jeśli przeciwnik, z którym mierzy się Melbourne Victory, znajdzie sposób na powstrzymywanie największego atutu drużyny, czyli gry z kontry, Rojas cierpi na tym najbardziej. Jako że nieczęsto wraca po piłkę w głąb boiska, wówczas jest do tego zmuszony, co za bardzo mu nie odpowiada. Jak to mawiają, do wszystkiego trzeba się przyzwyczaić.

Nie jest tak, że Rojas we wszystkim jest idealny i na pewno będzie piłkarzem na miarę Messiego. Obserwatorzy jego talentu zwracają uwagę na fakt, że ciągle brakuje mu doświadczenia. Liga australijska to jednak nie poziom europejski, a nawet w niej młodzianowi przytrafiają się dość proste błędy wynikające najpewniej z niemożnością poradzenia sobie z presją. Jak do tej pory Rojas nie rozegrał jeszcze spotkania przeciwko naprawdę bardzo mocnej drużynie, które powaliłoby z nóg. Kiedy defensywa rywala jest szczelna i dobrze zorganizowana, Rojas mocno cierpi. Nikogo w Australii nie dziwił szczególnie fakt, że 21-latkowi nie udało się zdobyć goli przeciwko Western Sydney Wanderers i Central Coast Mariners – dwóm najlepiej grającym w defensywie drużynom. Dlatego wszyscy jak najszybciej widziely go z dala od Australii. Rojasem interesuje się sporo europejskich drużyn z Liverpoolem, Juventusem, Stuttgartem i Werderem Brema na czele. Treningi pod wodzą zdecydowanie bardziej doświadczonych trenerów, poznanie nowej kultury i nauka od najlepszych to coś, co po prostu musi wyjść mu na dobre.

– Transfer do Europy jest marzeniem każdego piłkarza i jestem naprawdę w siódmym niebie, mogąc powiedzieć, że niebawem będę mógł zrealizować swój sen – mówił niedawno Rojas, zapewniając, że latem zmieni klub i najprawdopodobniej przeniesie się do Europy. Liczby nie kłamią. W zakończonym sezonie ligi australijskiej Melbourne Victory zajęło trzecie miejsce, a walnie przyczynił się do tego Rojas, który w 27. meczach strzelił 15 goli i zanotował 8 asyst. Wiadomo oczywiście, że poziom A-League a choćby Bundesligi to dwa różne światy, ale to jest zdecydowanie dobry moment na transfer. 21-latek powinien zacząć ogrywać się z najlepszymi.

Remontaremos

marcaPodobnie, jak przed tygodniem, tak i teraz w Hiszpanii na gorąco nieco zmieniona formuła. Nie można żyć niczym innym, jak spotkaniami w Lidze Mistrzów, skoro zewsząd jesteśmy nimi atakowani. W Polsce jest to o tyle osobliwe, że media wręcz z językiem na wierzchu i niewyobrażalnym podnieceniem przypominają gole Lewandowskiego.

Cóż, Hiszpania wierzy. W każdym razie Madryt. Nie ma chyba osoby w stolicy, która twierdzi, że „Królewscy” odpadną z Borussią Dortmund. O ile tydzień temu prawie wszyscy byli co do tego przekonani, tak z każdym dniem nastawienie zmienia się w zastraszającym tempie. „Nie wiem, czy ulegam madryckiej propagandzie, ale im bliżej rewanżu Realu z Borussią, tym bardziej odrobienie strat zdaje mi się realne” – pisał w poniedziałek na Twitterze Rafał Stec. Pod jego wpisem pojawiło się bardzo wiele podobnych opinii. To, jak w Hiszpanii pompuje się znaczenie słowa „remontada”, sprawia, że na Półwyspie Iberyjskim nie ma już żadnego niedowiarka. Oprócz Katalonii…

Co potrafi zmienić jeden gol… Wszak porażka 1:4 od 0:4 na pierwszy rzut oka niczym wielkim się nie różni. Bramka zdobyta na wyjeździe sprawiła jednak, że nadzieje na odwrócenie wyniku mają swoje duże podstawy. Nie ze względu na fakt, że Real gra na własnym stadionie – „Barca” też przecież podejmować będzie Bayern na Camp Nou. Borussia to jednak nie Bayern. „Lewemu” i spółce przytrafił się „dzień konia”, a „Los Blancos” zagrali najsłabszy mecz od słynnej manity z Barceloną. „Bawarczycy” są z kolei obecnie w nadludzkiej wręcz formie. Nawet jeśli Leo Messi zagra na 110% swoich umiejętności, to nie będzie to wystarczający wysiłek. Oczywiście, Argentyńczyk może zaaplikować Neuerowi 2-3 gole, ale chyba w samej Katalonii nikt nie wierzy w to, że przy tak tragicznie grającej defensywie „Blaugrany”, możliwe jest zachowanie czystego konta. Sam Jupp Heynckes mówi, że chce, aby jego drużyna strzeliła przynajmniej jedną bramkę, najlepiej dwie.

Hiszpańskie media zdecydowanie większe szanse na remontadę dają „Królewskim”. „Marca” i „As” idą wręcz o krok dalej. Ten pierwszy dziennik jest wprost przekonany, że Jose Mourinho i jego podopieczni dokonają historycznego wyczynu. Remontada jest wpisana w historię klubu o czym w ostatnich dniach aż w Internecie huczy. Atmosfera w Barcelonie jeszcze wczoraj była równie grobowa, jak tuż po meczu na Allianz Arena. Dzisiaj od rana coś zaczyna się dziać, ale tylko z powodu drużyny rywala. A to ktoś wrzuci jakąś fotkę z samolotu, a to „Sport” napisze, że Bayern właśnie wylądował. Sytuacja to doprawdy wyjątkowa. Do tej pory to katalońskie media murem stały za swoją drużynę, wspierały ją w każdej tragicznej sytuacji. Po spotkaniu z Milanem na drugi dzień wszyscy byli pewni tego, że Messi i spółka odrobią straty na Camp Nou. Madryckie media już jakiś czas temu obrały za cel Jose Mourinho i dążyły do jego zwolnienia. Teraz nie ma jednak podziałów i biała część stolicy mówi jednym głosem. Wspomina owiane legendą już mecze z Derby County czy Borussią Monchengladbach. Klub pod stadionem przygotował specjalne strefy, w których kibice będą mogli dopingować swój zespół. Każdy fan ma przyjść na stadion w białej koszulce i przynajmniej z szalikiem. Takiej mobilizacji w stolicy nie było od bardzo, bardzo dawna. Można na siłę przywołać końcówkę sezonu 2006/2007, kiedy to Real grał z Mallorcą w ostatniej kolejce Primera Divsion. Po trzech latach posuchy i zbieraniu bęcków od Barcelony, „Królewscy” byli uzależnieni od siebie. Wystarczyło wygrać i fiesta mogła się zacząć. I zaczęła. Czy dzisiaj będzie podobnie? Grono niedowiarków z każdą chwilą drastycznie maleje. Nic dziwnego. Jak pisał Michał Pol: 3:0 dla Realu Madryt to żaden wielki wyczyn.

***

Nie samą Ligą Mistrzów człowiek jednak żyje. W miniony weekend na boiskach Primera Division działo się sporo ciekawego. Najwięcej emocji dostarczył nam pojedynek, który od początku mianowany był na hit 33. serii gier – stawiany był nawet ponad derbami Madrytu. Jak się okazało, całkiem słusznie. Mowa oczywiście o starciu Realu Sociedad z Valencią. Jeśli ktoś przed tym meczem miał wątpliwości, czy Baskowie zasługują na miejsce w pierwszej czwórce, to otrzymał wyraźną odpowiedź. „Nietoperze” ani przez chwilę nie były na tyle lepsze, aby wywieźć z Anoeta komplet punktów. Imponuje to, z jakim spokojem przez cały czas grają podopieczni Philippe’a Montaniera. Może i baskijska drużyna nie naciskała na rywala jakoś druzgocąco, ale mimo wszystko gol Roberto Soldado na 1:0 był nieco zaskakujący. Nic on jednak nie zmienił w poczynaniach gospodarzy, którzy pozostali wierni swojej filozofii. Odpowiedzieli bardzo szybko i później pozostało im już tylko kontynuować to, co rozpoczęli. Francuski trener RSSS znakomicie wyważył linię defensywną i ofensywną. Boczni defensorzy nawet gdy podłączają się do przodu, zawsze są ubezpieczani. Valencii niezwykle ciężko było wyjść z przewagą – było to wręcz niemożliwe. Niczego (tym bardziej) zarzucić nie można także sile ataku Basków. Agirretxe z „Chorim” po raz kolejny dali popis swoich umiejętności. Ten pierwszy rozwija się ostatnimi czasy w zastraszającym tempie. Miejmy tylko nadzieje, że nie przyjdzie mu do głowy odchodzić po sezonie, jeśli Sociedadowi udałoby się (a musi się udać) awansować do Ligi Mistrzów.

Dobra, derby to derby. Chociaż dwa zdania się należą. Krótkie. Dłuższe nie są potrzebne, bo od nastu już lat sytuacja jest identyczna. Buńczuczne zapowiedzi, groźne minki, a Atletico i tak dostaje lanie. Lanie to w tym wypadku może spore nadużycie, ale jak inaczej określić to, co się stało? „Rojiblancos” naprawdę byli zaskakująco bezradni. Przeciwko komu? Przeciwko rannemu przeciwnikowi, przeciwko przeciwnikowi, który zagrał rezerwowym składem. Taka okazja na pokonanie odwiecznego rywala może się już nie powtórzyć. Zadaniem dla psychologów jest chyba zbadanie dlaczego tak się dzieje. To nie jest normalne, żeby piłkarzy Atletico tak paraliżował mecz z Realem.

Senor remontada

SantillanaHiszpański futbol walczy o przetrwanie. Real Madryt i FC Barcelona stają przed zadaniem prawie niemożliwym. W zdecydowanie lepszej sytuacji są „Królewscy”, którzy swoją historię naznaczyli nieprawdopodobnymi powrotami w europejskich pucharach. Futbol jest wielki i nieprzewidywalny, podobnie jak Carlos Alonso Gonzalez – czyli po prostu Santillana, legendarny napastnik „Los Blancos”, który – jak mało kto – doskonale zna znaczenie słowa „remontada”.

Choć w ponad 110-letniej historii Realu Madryt znajduje się wielu piłkarzy, których zasługi są nieporównywalnie większe od tych Santillany, to ten niziutki i zwinny napastnik ciągle darzony jest olbrzymim respektem i sympatią. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że Santillana nie mógł być prawdziwym i zabójczym napastnikiem. Nie predysponowały go do tego warunki, ale mierzący 175 centymetrów Hiszpan na przekór wszystkim zdobywał bramki nie do zdobycia i wygrywał mecze nie do wygrania. W barwach Realu Madryt występował przez siedemnaście lat. Miał trochę pecha. Na krajowym podwórku „Blancos” wygrywali prawie wszystko, jednak w Europie madrytczykom nie szło. Z tego też powodu, kiedy mówi się o wybitnych graczach Realu, którzy zapisali się złotymi zgłoskami w historii klubu, Santillanę wspomina się rzadziej, a nawet jeśli, to gdzieś na szarawym końcu, być może nawet za takimi graczami jak Butragueno czy Valdano.

Carlos Alonso Gonzalez swoje pierwsze piłkarskie kroki stawiał w mieście Santillana del Mar (od którego zresztą wziął się jego przydomek). Klubowe barwy zmienił jednak bardzo szybko, a dobra gra w trzeciej lidze hiszpańskiej (w zespołach Satelite i Barreda) sprawiła, że niskim zawodnikiem zainteresował się Racing Santander – największy klub w Kantabrii. Sam Santillana nie zapomina przede wszystkim o drużynie Barredy. To tam miał okazję po raz pierwszy pracować pod okiem prawdziwego trenera. Był nim Valentin Cuetara, którego legenda Realu wspomina niezwykle ciepło. To on miał największy wpływ na rozwój przyszłego reprezentanta Hiszpanii. Co ciekawe, Santillana w młodzieńczych latach najczęściej grywał bliżej środka boiska. Z biegiem czasu przesuwał się jednak w stronę bramki przeciwnika. Rozkwit jego umiejętności strzeleckich przypadł właśnie na krótki czas spędzony w Santander. W zespole Racingu urodzony 23 sierpnia 1952 roku piłkarz występował zaledwie przez jeden sezon. Siedemnaście goli w trzydziestu pięciu meczach i tytuł „Pichichi” Segunda Division wystarczyło, aby po hiszpańskiego napastnika zgłosił się sam Real Madryt.

Kariera Santillany nie jest usłana tylko i wyłącznie różami. Tuż po przeprowadzce do Realu, który zapłacił za niego 26 milionów peset, pojawiły się głosy, iż Hiszpan może być zmuszony do przedwczesnego zakończenia kariery. Po jednym z meczów w moczu Santillany pojawiły się ślady krwi, co natychmiast zaalarmowało Real Madryt. Stołeczny klub nie czekał ani chwili i natychmiast rozpoczął serię najróżniejszych badań, do których zwerbował nawet dra Sancheza Canasa, jednego z najbardziej cenionych w tamtych czasach urologów. Chociaż wszystko miało być pilnie strzeżone, 7 maja 1972 roku informacje o możliwym końcu przygody Santillany z piłką pojawiły się na okładkach wszystkich hiszpańskich dzienników sportowych. Okazało się, że Santillana ma wrodzoną wadę – obydwie jego nerki znajdowały się w tej samej części ciała. Po konsultacjach z lekarzami stwierdzono na szczęście, że „Santi” może nadal wykonywać swój zawód.

Po przezwyciężeniu problemów Santillana stał się jedną z najważniejszych postaci ówczesnego Realu. Był najlepszym strzelcem klubu zarówno w Pucharze Mistrzów, jak i w Primera Division – pech chciał jednak, że jego drużyna nie zdobyła żadnego z tych tytułów. Sam Santillana nigdy nie został także „Pichichi” całych rozgrywek. Nie zmienia to jednak faktu, że w białych barwach wystąpił w 643 oficjalnych meczach i zdobył w nich 352 gole. Sięgnął po 9 tytułów mistrzowskich, 4 razy wygrywał Puchar Hiszpanii, a 2 razy Puchar UEFA. 56-krotnie reprezentował kadrę narodową, dla której zdobył 15 goli. Wystąpił na mistrzostwach świata w Argentynie w 1978 roku i w Hiszpanii cztery lata później. Zagrał w finale mistrzostw Europy w 1984 roku, w którym „La Furia Roja” musiała uznać wyższość Francuzów. Jednym z największych reprezentacyjnych sukcesów był szalony mecz z Maltą, w którym Hiszpania musiała wygrać jedenastoma bramkami. Wygrała, a Santillana zdobył cztery gole. Więcej o tym nieprawdopodobnym meczu przeczytać możecie TUTAJ.

Kiedy Santillana przybył do Madrytu, nikt nie wątpił w to, że ten człowiek potrafi zdobywać gole, że po prostu wie, gdzie ma się ustawić, żeby być o krok przed obrońcami. Zdawano sobie jednak także sprawę, że wykazuje pewne braki, że może być jeszcze lepszy. Trenerzy Realu Madryt kazali mu rzekomo trenować z workiem na plecach, aby poprawić jego koordynację, szybkość i przyspieszenie. W Madrycie jednak mocno w niego wierzono i wiara ta się opłaciła. Do teraz wspomina się czasy, kiedy Real z Santillaną na czele odrabiał straty, których na pierwszy rzut oka odrobić się nie dało. Senor remontada wraz z Juanito i fanatyczną publicznością niósł drużynę do europejskich sukcesów. Teraz wzywa fanów „Los Blancos” do tego samego, przypomina mecze, w których odgrywał pierwszoplanową rolę i apeluje, aby Santiago Bernabeu naprawdę było we wtorkowym meczu dwunastym zawodnikiem.

Santillana brał udział w czterech historycznych remontadach na europejskiej arenie. W trzech z nich to właśnie niski hiszpański napastnik zdobywał gole, które przechylały szalę zwycięstwa na korzyść madryckiego zespołu. W kontekście heroicznych remontad fani Realu Madryt najczęściej wspominają wielkiego Juanito, który swoim charakterem porywał dziesiątki tysięcy ludzi, ale to przecież gole są w futbolu najważniejsze. Patent na ich zdobywanie miał Carlos Alonso Gonzalez. W sezonie 1975/1976 Real mierzył się z Derby County w 1/8 finału Pucharu Europy. W Anglii przegrał aż 4:1, jednak przed własną publicznością po dogrywce pokonał rywala 5:1. Dwa gole, w tym tego decydującego w 100. minucie meczu, zdobył Santillana. W sezonie 1984/1985 miały miejsce dwa madryckie cuda. Najpierw w 1/8 finału Pucharu UEFA Anderlecht pokonał Real w Brukseli 3:0, aby na Bernabeu polec aż 1:6. W tym pogromie Santillana uczestniczył jedynie biernie – bramki zdobywali wówczas między innymi Buatragueno i Valdano. W meczu półfinałowym pierwszoplanową rolę odegrał już Santillana. Po porażce 0:2 w Mediolanie z Interem, „Królewscy” wygrali u siebie 3:0 po dwóch trafieniach hiszpańskiego snajpera. Meczem, który przypominany jest w sposób szczególny, jest konfrontacja z Borussią Monchengladbach w 1/8 finału Pucharu UEFA w sezonie 1985/1986. Wygrana Niemców 5:1 przed własną publicznością była szokiem. Bernabeu znowu jednak odegrało istotną rolę. W rewanżu najpierw dwa gole zdobył Valdano, a kolejne dwa – w tym jednego w 90. minucie spotkania – dołożył Santillana. 61-letni „Santi” twierdzi, że we wtorkowy wieczór powtórka z rozrywki jest jak najbardziej możliwa.

Hat-trick man

jurgen_locadiaZe świecą szukać zawodników, którzy w debiucie w Eredivisie potrafią strzelić trzy bramki w niespełna dwadzieścia minut. Jeden z tych nielicznych gra obecnie w PSV Eindhoven i jest bohaterem kolejnego tekstu z cyklu „O nich będzie głośno”. Nazywa się…

Juergen Locadia jest 19-letnim holenderskim napastnikiem, który urodził się 7 listopada 1993 roku w Emmen. Ma ponad 190 centymetrów wzrostu, a swoje pierwsze piłkarskie kroki, będąc zaledwie pięcioletnim dzieckiem, stawiał w amatorskim klubie VV Bargeres, dla którego występował przez trzy lata po czym przeniósł się do lokalnego FC Emmen. To tam raz pierwszy zauważono jego olbrzymi talent. Rzucające się w oczy występy doprowadziły do powołania do reprezentacji Holandii U-15. Kwestią czasu było przeniesienie się do drużyny występującej w pierwszej lidze holenderskiej, w której mógłby pobierać nauki od najlepszych. I faktycznie, w wieku szesnastu lat Locadia zaczął grać w Willem II. Po zaledwie roku wypatrzyli go skauci PSV Eindhoven i bardzo szybko zdecydowali się na jego zakup.

Do teraz wszyscy dziwią się jak błyskawiczny progres notuje ten 19-latek. Jeszcze przed ukończeniem osiemnastego roku życia Locadia otrzymał szansę debiutu w drużynie w PSV. Pojawił się na boisku z ławki rezerwowych w meczu pucharu Holandii z VVSB i zdobył jedną z ośmiu bramek, jakie wbili wówczas rywalom piłkarze z Eindhoven. W kolejnej rundzie zawodnik, którego rodzina pochodzi z Curacao, zagrał już od pierwszej minuty spotkania. Kiedy tylko Locadia skończył osiemnaście lat, zaproponowano mu pierwszy profesjonalny kontrakt, a Dick Advocaat awansował go do pierwszej drużyny PSV. Kariera zaczynała nabierać rozpędu.

Read the rest of this entry

4:0 – najmniejszy wymiar kary

messi4:0. Po czymś tak niewiarygodnym trudno znaleźć jakiekolwiek odpowiednie słowa. Wydaje mi się, że te trafne brzmią następująco: nawet kibice Barcelony przeczuwali, że coś takiego na Allianz Arena może się zdarzyć. I nie – nie jest to żart.

Bayern jest w tym momencie absolutnie najmocniejszą drużyną w Europie. Takim stwierdzeniem Ameryki się nie odkryje i było to wiadomo jeszcze przed wtorkowym meczem z Barceloną. Niepoprawni (jak się teraz okazało) optymiści wierzyli jednak w to, że Katalończycy swoją grą będą w stanie przeciwstawić się „Bawarczykom”. Płonne to były nadzieje. Nadzieje, które nie były zakotwiczone głęboko w sercu. Po tym, co monachijczycy zrobili w ćwierćfinale Juventusowi Turyn, nikt nie chciałby się z nimi mierzyć. Nie chciała także Barcelona, choć nikt z obozu Tito Vilanovy oczywiście tego nie powiedział. To, z jaką sportową agresją Bayern wyszedł na turyńczyków, było po prostu imponujące. Pressing już na połowie rywala, bezwzględne odbieranie piłki, ciągłe nękanie i przeszkadzanie – nawet „Barca” nie jest w stanie się przeciwstawić. Nawet? Czy może tylko? Dlaczego Bayern był najgorszym rywalem dla Katalończyków? Ano właśnie ze względu na charakterystykę gry podopiecznych Tito Vilanovy. Bayern nie musiał dostosowywać się do przeciwnika, bo wiedział, że grając swoją piłkę bez problemu sobie poradzi. Dlatego wynik 4:0 wydaje się najmniejszym wymiarem kary.

Odrzucając na bok wszelkie kontrowersje z tego meczu, nie znajdzie się chyba nikt na tyle odważny, by stwierdzić, że Bayern nie zasłużył na zwycięstwo. Hiszpańska prasa doszukuje się oczywiście trzech nieprawidłowo zdobytych przez gospodarzy goli, ale w ten sposób chce chyba tylko w jakiś sposób zmazań tę wielką plamę. O ręce Pique jest zaskakująco cicho, a przecież była więcej, niż oczywista. Nie dość, że Bayernowi należał się rzut karny, to i czerwona kartka dla stopera „Blaugrany” wcale nie byłaby zbytnim nadużyciem – wszak piłka leciała w światło bramki. Nie od dzisiaj wiele mówi się na temat wywierania wpływu na arbitrach przez hiszpańskie drużyny. We wtorkowy wieczór nawet takie próby nie miały sensu. Zauważają to wszyscy eksperci – Bayern był najzwyczajniej w świecie lepszy w każdym aspekcie.

Internet oszalał. – Niebywałe, że sromotna klęska Barcelony wzbudza taki entuzjazm wśród tłumów. Mam wrażenie, że niektórzy całe życie czekali na taki wieczór jak dzisiejszy – pisze na Facebooku Tomasz Czoik, sekretarz redakcji wortalu iGol.pl. I faktycznie wygląda to tak jakby 3/4 populacji tylko czekało na taki wieczór, jak ten wtorkowy. Na wieczór, w którym Barcelona nie dość, że wyraźnie przegra, to jeszcze nie będzie w stanie w jakikolwiek sposób zagrozić bramce przeciwnika. Jest to również sytuacja dość osobliwa. To oczywiste, że wielcy sportowcy, wielkie drużyny, mają tylu samo zwolenników, co i przeciwników. Sęk w tym, że obecna „Barca” nie jest tą samą „Barcą” od niedawna. Jest nią od paru ładnych chwil. Zaryzykuję stwierdzenie, że w obecnym sezonie Primera Division to Real przegrał ligę, a nie wygrała ją Barcelona. Nie ujmuję oczywiście Katalończykom zasług, bo bez wątpienia zasługują na tytuł, ale na pewno obecna różnica punktowa nie pokazuje prawdziwej różnicy między tymi obydwoma klubami. I doskonale obrazują to ostatnie klasyki. Jose Mourinho nauczył grać Real przeciwko Barcelonie i teraz pewnie nieco martwi się, że Bayern jest aż tak mocny. Może powinien martwić się o Borussię, ale w głowie na pewno jest już obecny wielki finał Ligi Mistrzów. Upragniony finał, którego w Madrycie potrzebują, jak rolnicy deszczu. Dlatego właśnie uważam, że ludzi zaskoczonych wynikiem meczu Bayernu z Barceloną jest zdecydowanie mniej, aniżeli mogłoby się wydawać. Bayern był faworytem i to nie ulega żadnej wątpliwości. Po cichu spodziewano się takiego rezultatu, choć ci, którzy mocno wierzyli w katalońską drużyną, tego nie przyznają.

O końcu katalońskiej epoki mówiono w tym i poprzednim sezonie już tyle razy, że aż w pierwszej chwili wydaje się, że nie warto o tym znowu wspominać. Dyskusja na nowo jednak rozgorzała. Portale społecznościowe przeżywają istne oblężenie i na każdym kroku możemy znaleźć coraz to ciekawsze stwierdzenia. Na profilu Eurosportu przeczytać możemy: oczywiście można mieć zastrzeżenia do dwóch goli strzelonych przez Bayern, ale czy ktoś ma w ogóle wątpliwości, która drużyna była dziś lepsza? No właśnie, czy ktokolwiek uważa, że wynik tego starcia nie jest odzwierciedleniem nie tylko tego co działo się na boisku, ale w jakich formach znajdują się obecnie obydwie drużyny? Całe szczęście, że prawie nikt nie pisał po tym meczu, że niedyspozycja Messiego była elementem kluczowym. Jeśli po tak sromotnej klęsce pojawiałyby się głosy, że ze w stu procentach sprawnym Messim „Barca” miałaby w Monachium jakieś szanse, byłby to absolutny szczyt wszystkiego. Barcelona nie przegrała tego meczu z powodu braku Messiego. Przegrała, ponieważ w Europie nauczono się już grać przeciwko niej. I przede wszystkim – ponieważ Bayern jest wielki. Przede wszystkim.

Pep, zuch chłopak

Mario-GotzeJose Mourinho chyba zacznie lubić Pepa Guardiolę (chyba że faktycznie lubił go wcześniej). Chcieliśmy sobie w miarę spokojnie poczekać do wieczornego starcia w Lidze Mistrzów, cieszyć się tym piłkarskim świętem, a tu z rana taka informacja! 37 milionów i Goetze w Bayernie. W dniu starcia z Barceloną. Na dzień przed meczem Borussii z Realem. Grubo.

Jeden z najbardziej zagorzałych kibiców Realu Madryt na świecie, felietonista dziennika „As” – Tomas Roncero – bardzo trafnie określił ogłoszenie transferu Mario Goetzego do Bayernu Monachium akurat w tym terminie. To próba destabilizacji Borussii Dortmund przed niezwykle istotnym meczem z Realem Madryt. Rodzi się jednak pytanie: kto chciałby dortmundczyków zdestabilizować? Bayern, bo woli grać ewentualny finał z „Królewskimi”? Pep Guardiola? Roncero uważa, że właśnie były szkoleniowiec Barcelony. Nie wiadomo rzecz jasna czy faktycznie tak jest, ale skutki ogłoszonego dzisiaj transferu mogą być tylko jedne. Tak, w środowy wieczór wszyscy będą skupiać się na osobie Mario Goetze. Parafrazując jeden z moich ulubionych cytatów z absolutnie ulubionego filmu Pulp Fiction: transfer z Bayernu do Borussii, a przeprowadzka Luisa Figo z Katalonii do Kastylii, to inna bajka, inna książka, inny k***a gatunek literacki. Ale coś jest na rzeczy.

Jak na razie kibice z Dortmundu siedzą cichutko. Może nie wrócili jeszcze z pracy, w której to właśnie toczą pianę z ust. Sam transfer do największego obecnie rywala w lidze jakoś pewnie by jeszcze przełknęli, ale – dajcie spokój – w przeddzień najważniejszego meczu klubu na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat? Na Signal Iduna Park miała być w środowy wieczór atmosfera, jakiej jeszcze kibice w Europie nie widzieli. To będzie wielki test dla fanów Borussii. Test, który pokaże czy w tak newralgicznym momencie będą w stanie odrzucić na bok wszelkie niesnaski i skupić się na dopingu całej drużyny, która przecież w starciu z „Królewskimi” wcale nie jest skazywana na pożarcie. Nie w dopingu leżał będzie jednak problem. Piłkarze BVB również muszą być przybici całą sytuację. To wielcy profesjonaliści, ale prasa nie pozostawia na zespole suchej nitki. Media zarówno niemieckie, jak i brytyjskie i hiszpańskie są przekonane, że w ślad za Goetzem pójdą kolejne gwiazdy. „Bildy” „Asy” i inne są pewne, że dla Roberta Lewandowskiego i Mattsa Hummelsa to ostatnie tygodnie w Dortmundzie. I nawet jeśli było to przesądzone przed ogłoszeniem odejścia Goetzego, to fajnie byłoby pożegnać się z klubem po wielkim sukcesie na europejskiej arenie. Teraz wyeliminowanie Realu będzie jeszcze trudniejsze, bo choć nikt nie ma wątpliwości, że „Lewy”, Goetze i reszta są wielkim profesjonalistami, to w umysłach nawet takich zawodników będą siedzieć Bayern Monachium i 37 milionów euro. Przede wszystkim ten okrutny Bayern, który tak boleśnie sprowadził dortmundczyków na ziemię po zeszłorocznym triumfie w Bundeslidze.

Od kilku dni krążą głosy, że coraz bliżej jest do niemiecko-hiszpańskiego finału. Bayern będący w tak zabójczej formie jest w stanie zrobić z Barceloną to, co zrobił z Juventusem, zwłaszcza że Katalończycy ostatnio nie są w najwyższej dyspozycji. Real od początku upatrywany jest w roli faworyta. W fazie grupowej Borussia okazała się co prawda lepsza, ale to były całkowicie inne czasy. Jose Mourinho i jego piłkarze podchodzą do półfinału absolutnie wyluzowani. Portugalczyk ma do dyspozycji praktycznie całą kadrę i również na pewno ucieszył się z ogłoszonego transferu Mario Goetze. Dla Borussii to spory policzek, dla Bayernu wielki zastrzyk pewności siebie, choć oczywiście reprezentant Niemiec ciągle reprezentował będzie barwy drugiej drużyny Bundesligi. Ci, którzy uważają, że ten transfer nie będzie miał wpływu na półfinałowe starcia, są w błędzie. Można jednak pójść w drugą stronę i zaryzykować stwierdzenie, że podopieczni Jurgena Kloppa tym bardziej będą chcieli znowu udowodnić swoją wyższość nad Realem, a później w finale zadać zabójczy cios „Bawarczykom”. Ależ to by była piękna historia dla całej Borussii. Tylko co wtedy począłby biedny Goetze?

Każdy ponad każdym

Sytuacja w Realu Madryt staje się coraz bardziej patowa. Stołeczny klub obstrzeliwują już media nie tylko z Hiszpanii, ale i z Wysp Brytyjskich. Temat numer jeden to oczywiście Jose Mourinho. Sęk niestety w tym, że wraz z plotkami na temat przyszłości portugalskiego trenera, rodzi się masa innych niewyobrażalnych insynuacji, które dotykają chyba nawet ogrodnika na Santiago Bernabeu.

MourinhoCasillasO powadze problemu, jaki dotknął madrycki klub, niech świadczy choćby fakt, że nawet sami fani Realu Madryt nie wyobrażają sobie chyba, aby w przyszłym sezonie drużyna miała zostać w takim składzie, jak obecnie. Mourinho jest rzekomo pokłócony z Casillasem, powróciła dyskusja na temat „hiszpańskich” i „portugalskich” grupek. Jeszcze dwa czy trzy miesiące temu wszyscy pukali po głowach i mówili, że to tylko i wyłącznie wymysły prasy. W tym przypadku sprawdza się jednak powiedzenie, iż kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się prawdą. To właśnie hiszpańskie dzienniki na czele z „Marką” i „Asem” zagrzały sytuację. Ze wszystkiego tylko podśmiechują się Katalończycy. Dzienniki, o których mówi się, że sympatyzują z Barceloną, mogą w końcu spokojnie skupić się na własnym zespole i nie podjudzać atmosfery w szatni „Królewskich”. Pałeczkę przejął Madryt, co jest sytuacją po prostu… dziwną. Śmieszną. Niewyobrażalną.

Jose Mourinho niejednokrotnie powtarzał w przeszłości, że nie czuje wystarczającego poparcia. Florentino Perez na każdym kroku zapewniał z kolei, że Portugalczyk może w spokoju pracować i dążyć do wyznaczonych celów, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Nie od dzisiaj jednak wiadomo, że „The Special One” nie jest ulubieńcem madryckiej prasy. Więcej, na ten moment wydaje się wrogiem publicznym numer jeden. W ostatnich tygodniach sytuacja uległa nieznacznej poprawie. Nieznaczna poprawa znaczy w każdym razie tyle, że „Mou” faktycznie może pracować w jako takim spokoju. Portugalczyk wziął poprawkę z zeszłego sezonu dzięki czemu jego podopieczni osiągnęli najlepszą dyspozycję na decydujące mecze w końcówce rozgrywek. „Marca” nieco przyhamowała, ale gdzieś tam dalej tworzy swoje konspiracyjne sieci. Dziennikarze tegoż dziennika również pogodzili się już z faktem, że Mourinho nie ma zamiaru z nimi rozmawiać. Na konferencje prasowe przed meczami ligowymi nie przychodzi (na pomeczowe chodzić też nie musi, bo „Królewscy” wygrywają). Konferencje związane ze starciami w Lidze Mistrzów jakoś już przeboleje – Hiszpanom odpowiada zdawkowo, cały czas powtarza te same słowa. Dla zagranicznych dziennikarzy jest bardziej uprzejmy i wylewny. Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie.

Florentino Perez. To na jego barki spadnie latem nie lada odpowiedzialność. Madryckie media tak rozdmuchały sprawę konfliktu w szatni „Los Blancos”, że będziemy mogli ogłosić kolejny wielki cud, jeśli na przyszły sezon na Santiago Bernabeu zostaną i Jose Mourinho i Iker Casillas. O ile przed kontuzją kapitana reprezentanta Hiszpanii prasa próbowała skłócić tych dwóch panów, tak teraz robić już tego tak naprawdę nie musi. Obrazki z ostatniego meczu z Bilbao mówią same za siebie. Widok patrzącego ślepo w dal hiszpańskiego bramkarza niejako potwierdza, że „San Iker” ciężko przeżywa obecne chwile. W jego głowie na pewno krąży wiele myśli. Wśród nich musi znajdować się ta o odejściu z klubu. O poszukaniu sobie nowego wyzwania – bez Jose Mourinho u boku. Ani jeden, ani drugi nie powiedzieli oczywiście oficjalnie, że jest coś na rzeczy, ale pytany przez dziennikarzy na temat rzekomego konfliktu Aitor Karanka odpowiada bardzo wymijająco. Unika tematu, bo wie, że jeśli coś powie, machina znowu ruszy pełną parą. Następnego dnia „Marca” z okładki krzyczałaby, że to już koniec, że Madryt traci albo trenera, który w końcu przywrócił klubowi dawny blask, albo żywą legendę, która blaskiem jest sama w sobie.

Jak to wszystko się zakończy? Nastroje studzi prasa brytyjska, twierdząc, że Mourinho na pewno nie będzie w przyszłym sezonie trenerem Chelsea Londyn. A to właśnie przeprowadzka na Stamford Bridge miała zaprzątać głowę Portugalczyka. Powrót na stare śmieci bardzo go kusił. Dziwne jest jednak to, że w Madrycie nadal tępo wierzą we wszystko, co napiszą dziennikarze „Marki”. Skoro pan z działu sportowego napisał, że Mourinho w ogóle nie rozmawia z Casillasem, to tak jest. I tyle.

Prezes „Królewskich” z rzekomego konfliktu również nie wyjdzie bez szwanku. Prasa teoretycznie sympatyzująca z Realem Madryt sama kopie pod klubem dołki. Szukanie tanich sensacji jest w modzie, a najbardziej cierpi na tym instytucja, jaką jest Real, o czym Mourinho mówił nie raz, nie dwa. Jeśli jednak Florentino Perezowi przyjdzie latem wybierać, tak czy siak straci wielu zwolenników. Wbrew pozorom, istnieje spora grupa kibiców, która wolałaby, aby z Santiago Bernabeu odszedł Casillas, nie Mourinho. Perez bardzo ceni Portugalczyka. To on był odpowiedzialny za jego przybycie do zespołu. To on ciągle go wspiera i apeluje, aby to samo robili inni. Mimo wszystko, prezes zdaje sobie sprawę z tego, kim dla klubu i madridismo jest Iker. Jeśli będzie musiał wybierać, rozwiąże kontrakt z Mourinho. A wtedy zacznie się już zabawa na całego. Mourinho nigdy nie mówił o Realu, że jest to klub jego życia, że żywi do niego takie uczucia, jak do Chelsea czy Interu. Jeśli będzie zmuszony odejść, bo – jak twierdzi prasa – przegra bitwę z Casillasem, nie będzie miał oporów przed wylaniem swoich żalów. Wszak zawsze mówił to, co myślał. Pomyśleć tylko, że to wszystko przez hiszpańskich periodistas…

(Prawie) wszyscy zadowoleni

1940873_w2Przed losowaniem par 1/2 finału Ligi Mistrzów jednego mogliśmy być pewni: jakkolwiek by ono się nie zakończyło, będziemy świadkami dwóch wielkich pojedynków. Teraz – już na chłodno – wydaje się, że tylko jeden z półfinalistów nie może być z losowania zadowolony. Kto taki?

Nie ma się co łudzić. Z całym szacunkiem, to Borussia Dortmund wydaje się drużyną najsłabszą z całej czwórki. Wiem, że pisząc te słowa niejako podpisuję jednocześnie na siebie wyrok, bo przecież na terenie naszego kraju nastała wręcz swego rodzaju moda na kibicowanie BVB. Wiadomo – trójka Polaków, która radzi sobie naprawdę świetnie i odgrywa kluczowe role w zespole zdobywającym najważniejsze tytuły. Przed rozpoczęciem fazy play-off piłkarskiej Ligi Mistrzów zewsząd dało się jednak słyszeć głosy, że dla byłego już mistrza Niemiec sporym osiągnięciem będzie awans do ćwierćfinału. Jednak w momencie, kiedy rywalem na tym etapie okazał się hiszpański zespół z Malagi, podwyższono oczekiwania wobec niemieckiej ekipy. Wszak kim jest Malaga? Drużyną, która przeżywa niewyobrażalne problemy i prawdopodobnie za rok w europejskich pucharach nie zagra. Andaluzyjczycy pokazali jednak, że nie przez przypadek w ósemce najlepszych drużyn Europy się znaleźli. Tylko ogromne szczęście sprawiło, że zespół z Dortmundu wyszarpał – wydawało się – niemożliwy do wyszarpania awans. Ja tu pitu, pitu, ale to nie Borussia jest drużyną, która po losowaniu mogłaby czuć niesmak.

Read the rest of this entry

Mini-Gullit

ramires i akeCzy 18-latek może jednym występem oczarować fanów danej drużyny na tyle, by ci domagali się jego obecności w pierwszym składzie w każdym kolejnym meczu? Można. Najlepszym tego przykładem jest defensor Chelsea Londyn – Nathan Ake.

Nathan jest Holendrem i ma już za sobą występy w młodzieżowych reprezentacjach „Oranje” okraszone bramkami i tytułem mistrzowskim. Urodził się 18 lutego 1995 roku w Den Haag, jednak swoje piłkarskie umiejętności szlifował w szkółce Feyenoordu Rotterdam. Przeprowadzce do Chelsea towarzyszyły różnego rodzaju zgrzyty, którym przyglądali się nawet prawnicy, jednak koniec końców 15-letni wówczas Ake przeszedł do Londynu i mógł rozpocząć swoją wielką karierę. W obecnym sezonie Nathan wyskoczył niczym Filip z konopi, niczym Raphael Varane z Realu Madryt. Obydwaj piłkarze pokazali się piłkarskiemu światu, chociaż zarówno w Londynie, jak i Madrycie dużo szybciej doskonale zdawano sobie sprawę z potencjału, jakim dysponują i jeden i drugi. Varane zwrócił na siebie uwagę już samym tym, że w jego przeprowadzce do Hiszpanii palce maczał sam Zinedine Zidane. Wielki Francuz nie mógł się pomylić. I nie pomylił. Ake z kolei od początku był pod lupą angielskich ekspertów, którzy marzyli o następcy Ruuda Gullita. I sobie wymarzyli. Gullit i Ake są podobni jak dwie krople wody. I zaledwie ten jeden jedyny wspomniany mecz sprawił, że 18-latka już okrzyknięto następcą legendy holenderskiego futbolu.

Historia młodego Nathana jest historią jakich na pozór wiele. Gra sobie chłopaczyna w spokojnej lidze holenderskiej, w drużynie, słynącej ze świetnej szkółki. Dobre występy skutkują grą w młodzieżowych reprezentacjach, w których owa chłopaczyna jest gwiazdą, a zarazem kapitanem. Następnie chłopaczyna marząca o europejskich szczytach zaczyna być obserwowana przez największe marki. Jedna z tych marek staje się przebieglejsza od innych i zaiwania potencjalną gwiazdę sprzed nosa innych. W tym wypadku przebieglejsza okazała się Chelsea Londyn. Początki w „The Blues” były takie, jak można było się spodziewać. Przeplatane występy w drugiej drużynie z powołaniami do kadry pierwszego zespołu. W obecnym sezonie Premier League Ake siedmiokrotnie zasiadał na ławce rezerwowych Chelsea. Po raz pierwszy w grudniu w meczu z Aston Villą wygranym 8:0. Debiut w drużynie Rafy Beniteza nastąpił jednak trzy dni później. Chelsea męczyło się na wyjeździe z Norwich City, więc hiszpański trener zdecydował się w doliczonym czasie zagrać na czas i wpuścił młodziana za Juana Matę. Ake za wiele na boisku oczywiście nie zrobił, ale londyńska ekipa zyskała cenne sekundy i dowiozła zwycięstwo do końca. Z debiutu w PL zadowolony był jednak Feyenoord. – Zaledwie jednominutowy debiut Nathana Ake’a w Chelsea w wyjazdowym meczu z Norwich dał nam w Boxing Day 100 tysięcy euro – mówił Eric Gudde, prezes Feyenoordu. Wszystko za sprawą klauzuli zawartej w kontrakcie.

Read the rest of this entry

Słowo ciałem się stało

vazTydzień temu na El Riazor nieśmiało rozbłysło światełko w tunelu. Teraz w tym samym tunelu światło jest już nad wyraz dostrzegalne – tak bardzo, jak jeszcze nigdy dotąd w obecnym sezonie. Kandydat numer jeden do spadku nie złożył broni i pnie się w górę tabeli. Deportivo nie jest już głównym zespołem do ostrzału. Po 30. kolejce La Liga walka o utrzymanie nabrała rumieńców.

Deportivo La Coruna przeżywa piękne chwile – bodaj najpiękniejsze od powrotu do najwyższej klasy rozgrywkowej. Na początku sezonu „El Depor” ledwo słyszalnie pukało co prawda do wrót pierwszej dziesiątki, ale sytuacja Galisyjczyków z każdą chwilą stawała się coraz trudniejsza. Największy kryzys pojawił się na przełomie stycznia i lutego, kiedy to drużynie prowadzonej wówczas przez Domingosia Paciencię przytrafiła się seria sześciu kolejnych przegranych meczów. W trakcie jej trwania Paciencia stracił pracę, a na jego stanowisku pojawił się Fernando Vazquez. Daleki jestem oczywiście od twierdzenia, że 58-latek w pojedynkę odmienił drużynę mistrza Hiszpanii sprzed trzynastu lat, jednak bez wątpienia to jego zasługa, że ekipa z El Riazor uwierzyła w to, że może się w La Liga utrzymać.

– Ciągle jesteśmy w grze, ale nie możemy osiąść na laurach. Musimy dalej mieć wiarę. Teraz odpowiedzialność jest większa – mówił Vazquez po zakończeniu sobotniego spotkania z Realem Saragossa, dzięki któremu Deportivo kontynuuje serię trzech zwycięstw z rzędu. I to zwycięstw niezwykle istotnych. Kiedy dobiegł końca okres, w którym Deportivo przegrywało wszystko, jak leciało, pierwszą oznaką piłkarskiej wiosny dla Galisyjczyków był remis z Rayo Vallecano. Późniejsza porażka na Camp Nou z Barceloną raczej była wliczona w koszty, ale po meczu w Katalonii Valeron i spółka nie musieli spuszczać głów. Zagrali po prostu nieźle. Następnie pokonali Celtę, Mallorcę i wspomnianą Saragossę – trzech rywali, z którymi bezpośrednio walczą o pozostanie w La Liga. Rywali, którzy zajmowali oczywiście wyższe lokaty. Panowało zresztą przekonanie, że niżej Deportivo zejść się nie da.

Read the rest of this entry

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.